Końcem miesiąca listopada wybraliśmy się do Teatru „Maska” w Rzeszowie na spektakl pt. „O Pryszczycerzu i królewnie Pięknotce” oraz na lekcję teatralną.
O ile ta druga była bardzo interesująca, bo wycieczkowicze mieli okazję chociaż na chwilę stać się aktorami teatru lalek i nareszcie dowiedzieli się czym różni się kukiełka od pacynki, marionetki, czy też lalki hawajskiej, sam spektakl nie był zbyt porywający młodych widzów (przynajmniej moim zdaniem, a w tymże teatrze nie byłam po raz pierwszy). Właściwie jedyną rzeczą, która mogła w trakcie jego trwania zaciekawić było połączenie teatru żywego aktora ze scenami odgrywanymi przez marionetki.
Nie będę dokładnie opisywać przebiegu wydarzeń. Chodziło mniej więcej o to, że jak to zwykle w bajkach bywa , żyli sobie dostojnie i bogato królowa i król, którzy byli mamą i tatą. Czyimi? Oczywiście Królewny Pięknotki, która w tym spektaklu wcale nie była piękna. Rodzice mieli problem, bo nie mogła wybrać sobie męża spośród wielu dobrze urodzonych adoratorów. Dopiero Rycerz Pryszczycerz, który nie tyle miał pryszcze na twarzy, co kompleksy, które kazały mu nawet w dzień nosić zbroję z pełną osłoną twarzy, sprostał wymaganiom Pięknotki.
Wbrew wyczynom Zbójnika – Psujnika oraz Wiedźmiły zakompleksiony rycerz i piękna, ale nieco znudzona królewna pobrali się. Mógł więc królewski Błazen płatać okazjonalne figle.
Kostiumy oraz scenografia może nie należały do najbardziej udanych. Teksty natomiast, chociaż dla dzieci może nieco nudne, niosły pouczające przesłanie. Uczyły, że istnieją tchórzliwi rycerze, mile czarownice i złe królewny. Muszą być na świecie grubi i chudzi, mali i duzi, gładcy i pryszczaci. Każdy bowiem przez swoją inność jest niepowtarzalny, a więc bezcenny.
I każdy jest dla kogoś skarbem, którego się nie ocenia według twarzy czy odzienia.
Pamiętajcie o tym, nawet wtedy, kiedy tuż przed dyskoteką wyskoczy wam na nosie wcale nie mała i zupełnie nie piękna, a w dodatku swędząca … krostka.
Tekst: Anita Wolicka